Koniec OSS

311Jeśli agent zabrałby na teren Niemiec zapałki z londyńskim napisem, wydąłby na siebie wyrok śmierci. Nawet śmieci w kieszeni musiały być niemieckie. Agentom udawało się nawet udawać tajniaków z gestapo. Agenci mieli zawsze przy sobie gumowe ampułki z cyjankiem potasu. Zmora OSS było SD, czyli kontrwywiad Rzeszy, ale i na to znaleziono sposób. Nie tylko mężczyźni byli twórcami sukcesów OSS. Wojna była już przesądzona i gdy Niemcy tracili resztki sil, wyciągnęli asa z rękawa: woleli skapitulować przed aliantami z zachodu, niż przed Rosjanami. Postanowili bić się o każdą pięć ziemi w twierdzy alpejskiej. Amerykańskie oddziały szybko się zbliżały, a do walki nawoływano nawet ludność cywilną. Pod koniec wojny OSS miało siatkę ponad 200 agentów na terenie Rzeszy. Operowali we wszystkich ważnych miastach. Spośród 200 agentów, 34 zginęło, zostało schwytanych lub rannych. Prezydent Truman po zakończeniu wojny rozwiązał OSS. Okazało się, że mimo zakończenia wojny, Stalin nadal dąży do podbojów. Byle OSS stało się zalążkiem CIG, a potem obecnego CIA. W związku z wieloma wpadkami spowodowanymi samymi zrzutami, załogi samolotów musiały się wziąć dobrze do pracy. Dzień przed lotem analizowano cel, którego dotąd nie widziano. Bombardier kreślił na kalce plan zrzutu, wyrzucał kartę, i rysował następny, aż do momentu, kiedy pamiętał wszystkie punkty orientacyjne, a kontury idealnie się pokrywały. Stara radiostacja była łatwa do namierzenia, bo były łatwe do wykrycia. Skonstruowano mały nadajnik, którego agent mógł użyć na ziemi, by przekazać meldunek nadlatującemu samolotowi. To urządzenie nie było możliwe do wykrycia przez Niemców. Miały one jeszcze jedną zaletę: nadawały zakodowany meldunek do Londynu. Przekazanie długich meldunków zabierało dużo czasu, a ponieważ urządzenie było niewykrywalne, nie trzeba było kodować wiadomości. Planowano także porwanie przywódców III Rzeszy, wraz z Hitlerem z kryjówki w Orlim Gnieździe, jednak okoliczności nie pozwoliły rozpocząć tej operacji. Wszystko miało dwa oblicza: piloci bombowców woleli latać w rajdach bombowych, a nie ze zrzutami agentów. Mimo nieporozumień, wielu pilotów dostarczało agentów nad strefę zrzutu, ryzykując życie